Ciąża pod znakiem zastrzyków



Rok 2011r był dla mnie szczególny pod wieloma względami. Zrezygnowałam ze studenckiego życia w Katowicach i przeprowadziłam się do rodzinnego miasta na moją „ojcowiznę”, zaręczyliśmy się z Olafem, planowaliśmy małymi kroczkami ślub, wyjechaliśmy na wspólne wakacje a po powrocie z nich okazało się, że…jestem w ciąży!!!

Wszystko układało się idealnie- dziecko w drodze, dom do remontu ale bez konieczności ogromnych kredytów, ślub w planach- jednym słowem byliśmy wielkimi szczęściarzami.

Do czasu aż na USG nie padło stwierdzenie, że nie widać serduszka.

Z początku nie przejmowaliśmy się tym, gdyż był to raptem 4 tydzień ciąży a HCG cały czas systematycznie rosło. Po dwóch tygodniach diagnoza była taka sama a wyniki mimo wszystko dalej  bardzo dobre. Stwierdziliśmy więc, że czas najwyższy zmienić lekarza. W 9 tygodniu ciąży niestety nikt już nie dawał nam nadziei. To już był koniec. Tylko, że tak naprawdę nawet nie zdążyliśmy nacieszyć się początkiem. Pokochaliśmy tą małą fasolkę całym swoim sercem i tak po prostu mieliśmy się z nią rozstać. Byłam tak młoda. Nie umiałam sobie kompletnie poradzić  z tym, co się wydarzyło w moim życiu. Nikt nie mógł dać mi w żaden sposób wsparcia. Po prostu czułam rozrywającą od środka pustkę.

Ciężko mi było dojechać do szpitala, który okazał się bezwzględny dla tak młodej dziewczyny przeżywającej traumę. Na Sali położono mnie z kobietą, która już miała jedno dziecko a na dniach miała urodzić drugie. Chwaliła się, że czuje ruchy, głaskała po brzuchu, tuliła swoje starsze dziecko, które przychodziło w odwiedziny. Zza ściany słychać było porodówkę, wrzask a potem płacz i radość. Po środku tego JA. Czekająca na „czyszczenie”.

Lekarz prowadzący zapytał mnie, czy chcę zabieg czy tabletkę. Z początku odruchowo zdecydowałam się na tabletkę, jednak inna kobieta ze szpitala wytłumaczyła mi różnicę i poprosiłam o zabieg. Miałam nic nie czuć, nic nie widzieć i nic nie pamiętać, by sobie nie dokładać jeszcze dodatkowo do tego, co i tak przeżywałam. Lekarz wziął moją decyzję pod uwagę, jednak jak się okazało, kompletnie nie miał zamiaru się do niej dostosować.

Na wieczór pielęgniarka przyniosła mi jakąś tabletkę twierdząc, że mam ją połknąć, gdyż jest to standardowa procedura przed zabiegiem. Nie była. Wszystko zaczęło się samoistnie odrywać. Widziałam i czułam WSZYSTKO. 11 długich godzin- Tyle lekarze czekali aby „tabletka zrobiła swoje” i nie musieli przeprowadzać już zabiegu, bo i tak mieli „wystarczająco roboty na oddziale”. Po tych 11 godzinach moja mama błagała ordynatora aby to przerwał, bo inaczej się po prostu wykrwawię. Nikt wtedy jeszcze nie wiedział, że mam problemy z krzepliwością a szpital dając mi taką tabletkę nawet nie wpadł na pomysł, by takie badanie mi zlecić. Bo i po co narażać się na dodatkowe koszty.

Wzięli mnie na salę dopiero następnego dnia. Kazali położyć się na ogromnym fotelu stojącym na środku Sali, przywiązali mi ręce i nogi bandażami do fotela, jakby była jakimś psychopatą i podali dożylnie narkozę. Było mi już wszystko obojętne. Nawet mnie wtedy już aż tak nie ruszały te bandaże. Cały czas miałam w głowie świadomość tego, że miałam mieć dziecko. Kochać je i wspierać do końca swych dni a w zamian musiałam całą noc siedzieć na szpitalnym kiblu i widzieć wszystko to, czego lekarzom nie chciało się usuwać… zero pomocy psychologa, zero wsparcia i zero dbałości o jakąkolwiek godność pacjentki. Pamiętam tylko ogromny zegar wskazujący 10:13 i wtedy narkoza zaczęła działać. Gdy obudziłam się na Sali, było już „po wszystkim”. Na odchodne usłyszałam tylko od lekarza, by zajść jak najszybciej w ciążę, póki macica jest na to przygotowana. Jakbym była jakimś królikiem rozpłodowym, który o niczym innym nie myśli po stracie dziecka, tylko o tym, by sobie zrobić kolejne.

 

Pages: 1 2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial
Facebook
Instagram