Mamo, nie zostawiaj mnie !



Minęło już tyle czasu, że zdążyłam zapomnieć, jak to jest. Chowanie się we własnym domu po kątach, by zaznać odrobinę spokoju i prywatności. Ciągły krzyk i wrzask za każdym razem, gdy idę do innego pomieszczenia i na ułamek sekundy znikam za ścianą…

To był trudny czas. Zapomniałam, jak bardzo…

Zawsze otaczałam się wieloma osobami, jednak szanowałam sobie swoją prywatność. Moja przestrzeń, była moją strefą komfortu. Nie cierpię, gdy ktoś zbytnio się do mnie zbliża podczas rozmowy, nie cierpię natarczywych ludzi, którzy nie dają możliwości złapania oddechu. Nie znoszę nie mieć chwili dla siebie.

Nikt jednak nie uprzedził mnie, że cała lukrowatość, bezwarunkowa miłość i cząstka mnie przekazana w małym człowieku, niesie za sobą również chwile pełne łez, wyrzutów sumienia i niezrozumienia.

Ta cała burza przeplatana miłością, nerwami, euforią, bezradnością i milionem innych rzeczy nazywa się po prostu MACIERZYŃSTWEM.

A wraz z nim idzie w parze bardzo wiele etapów, przez które rodzic wraz z dzieckiem musi przejść i z którymi muszą się zmierzyć…

Gdy urodził się Filip, byłam zielona w bardzo wielu kwestiach. W końcu to moje pierwsze dziecko, zero doświadczenia, musieliśmy wzajemnie uczyć się siebie od podstaw. Łatwo niestety nie było. Z początku, jak wiesz zapewne z tekstu TUTAJ, zostaliśmy brutalnie rozdzieleni miesiąc po porodzie. Później przechodziliśmy przez okropne kolki. Potrafiły one trwać 14 godzin nieprzerwanie. Skaza białkowa, Atopowe Zapalenie Skóry, uczulenie na wszystko, co się da oraz specjalistyczne mleko na receptę. Gdy skończyły się kolki, to zaczęło się masakryczne ząbkowanie. Pół roku wrzasków, krzyków, gorączek, biegunek i nieprzespanych nocy aż w końcu 23.09.2013r, w urodziny Olafa, gdy Filip miał 9 miesięcy, przebił się pierwszy ząbek.

Wyglądaliśmy jak prawdziwe zoombie. Wychudzeni, niewyspani ale pełni nadziei, że co najgorsze, to już za nami. Filip zaczął pięknie raczkować, poznawać świat, był radosny i szczęśliwy, wszystko go ciekawiło a ja byłam pełna radości razem z nim, że już nie muszę oglądać, jak się męczy.

Aż pewnego dnia….

Standardowo wsadziłam go do bujaczka, by móc iść do toalety i gdy wyszłam z pokoju…rozległ się makabryczny wrzask. W ułamku sekundy znalazłam się przy nim. Byłam pewna, że coś sobie jakimś cudem w tym bujaczku zrobił. A on na mój widok wyciągnął szczęśliwy rączki i zaczął gaworzyć. Takie sytuacje od tamtego dnia miały niestety miejsce już na porządku dziennym. Nie mogłam się załatwić, umyć głowy, wyjść do kuchni bez niego, by przemieszać obiad, wyjść z domu do koleżanki i zostawić go pod opieką osób trzecich. NO PO PROSTU NIC. Uczepił się jak przysłowiowy rzep psiego ogona i odczepić się nie chciał.

Dostawałam autentycznie frustracji. JA i moja PRYWATNOŚĆ zostały bezczelnie pogrzebane w pieluchach małego Ktosia, który musiał ze mną od tego czasu uczestniczyć W KAŻDEJ czynności dnia codziennego. Nawet tej najbardziej prywatnej.

NIKT MNIE O TYM NIE UPRZEDZIŁ..


Pages: 1 2 3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial
Facebook
Instagram