ZARAZ, czyli Kochanie przypomnij mi za pół roku





Nie od dziś wiedziałam, że mój Mąż ma na wszystko czas. W końcu widziały gały co brały. Był nawet taki moment, że mnie to fascynowało. Całkowite indywiduum, które nie było zależne od norm czasowych. Nie dla niego wyścigi szczurów i ciągły stres o brak czasu. On miał swoje priorytety i sam decydował o czasie realizacji pewnych zadań.

Póki nie było natłoku obowiązków, TO słowo padało sporadycznie. Z biegiem czasu oraz pojawieniem się dziecka, zaczęło występować coraz częściej i nabierać na sile. Okazało się, że Filip również poznał moc tego jakże teoretycznie nic nieznaczącego słowa. Jeden wyraz, który potrafi doprowadzić do furii. Który powoduje, że zapominam kompletnie, gdzie zostawiłam swoją anielską cierpliwość a na twarzy w momencie wychodzą rumieńce. To jedno, małe, niewinne słowo ZARAZ

Ciągle słyszę „Kochanie zrobię to ZARAZ” , na co odpowiadam „spoko, proszę od pół roku, to jeszcze chwilę zaczekam”…

To słowo zawsze nam gdzieś towarzyszyło, jednak nabrało mocy urzędowej dokładnie rok temu, gdy wkroczyliśmy do zacnego grona „obywateli uwalonych kredytem” i kupiliśmy nasz wymarzony domek. W dodatku na wsi- ale to już indywidualne marzenie Olafa.

Dom był w stanie surowym, zamkniętym, więc jak nie trudno się domyśleć- trzeba w niego włożyć bardzo wiele wysiłku i pracy. Mój Mąż ambitnie zadecydował, że wszystko będzie robił sam.

Jednak w mojej głowie cały czas kotłuje się: a to trzeba obrobić kominek, skończyć łazienkę, dokończyć płytki, posprzątać ogród, bo jest jeszcze na nim gruz, skończyć kotłownię…itd. Milion myśli na raz. Natomiast mój Mąż wszystko zrobi ZARAZ. Na wszystko ma czas.

I tak oto miałam dwa wyjścia- albo rozwieźć się zanim zwariuje, albo znaleźć kompromis, który pozwoli wykluczyć to słowo.

Przeanalizowałam sobie więc wszystko na spokojnie i doszłam do wniosku, że wina leży jednak po obu stronach.

Ja– chcę wszystko zrobić na raz- z czego połowę oczywiście jego rękami.
On– szanuje siebie i swój organizm i nie jest w stanie- przychodząc zmęczony z pracy- sklonować się i zrobić wszystkie rzeczy w domu jednocześnie.

Jednak łatwiej by to było jakoś zdzierżyć, gdyby nie to ZARAZ. I mija dzień za dniem słysząc wciąż ZARAZ. Do tego jeszcze młody i jego ZARAZ posprzątam zabawki, ZARAZ pójdę się kąpać, ZARAZ się pouczę… a mnie ZARAZ coś trafi!

I tak się temat ciągnął… Na marginesie zdążyłam w tym czasie przejść cały okres ciąży i urodzić Zosię 🙂

Ale co zrobić.

Będąc w zagrożonej ciąży musiałam niestety jedynie patrzeć, jak mój Mąż małymi kroczkami, po pracy robi dalej wykończeniówkę, nie mogąc mu w niczym pomóc. Nie powiem, że było łatwo. Był to czas kłótni, stresu i wzajemnych pretensji. Ja nie byłam w stanie zdzierżyć tego, co mnie otaczało a Olaf nie był w stanie już słuchać moich roszczeń. Chciał wszystko robić na raz a w efekcie nie wychodziło z tego nic.

Przerobiliśmy chyba wszystko.

Planery, notesy, zeszyty, kalendarze, listy „to do”, żółte karteczki, szczegółowe rozplanowywanie czasu pracy i listę rzeczy do zrobienia. Ale nic z tych rzeczy na niego nie działało. Albo na nie nie zwracał uwagi albo lista swoje a on swoje. I zaś pretensje i kłótnie.

W końcu powiedziałam DOŚĆ.

O dziwo rozwiązanie okazało się banalnie proste.

Kupiłam jedynie zeszyt i tablicę magnetyczną.

Połowa zeszytu jest moja a druga połowa Olafa. Notuję tam bardzo szczegółowo wszystkie rzeczy, które trzeba zrobić. Celowo rozbijam je na części pierwsze. Dla przykładu: zamiast pisać KOTŁOWNIA (wiadomo, że nie da się jej zrobić w ciągu jednego dnia), to rozpisuję: gruntowanie, malowanie, płytki itd… na tablicy magnetycznej rysuję podziałkę na każdy dzień tygodnia. Zaznaczam w nich godziny, kiedy Olaf jest w pracy oraz nanoszę wszystkie zaplanowane wcześniej rzeczy.

I w taki oto łatwy sposób bardzo czytelnie i klarownie widać, kiedy jest czas wolny, w którym można zaplanować różne zajęcia, np. związane z wykończeniówką w domu 🙂

I tu wracamy do zeszytu. Aby nie kłócić się wiecznie z Olafem i pokazywać palcem, co ”moja szanowna” by jeszcze oczekiwała, to zapisuję mu skrzętnie w zeszyciku punkt po punkcie a on na spokojnie wg własnego uznania i kaprysu wpisuje sobie te rzeczy w wolne przestrzenie na swojej tablicy, wykreślając je z zeszytu. Robota idzie a ja już nie muszę mówić oklepanego „przecież Cię prosiłam..”

Tablica zawisła w kuchni, gdyż tam spędzamy najwięcej czasu i chcąc czy nie chcąc wciąż patrzymy w jej kierunku.

Kochani niby nic a dzięki temu spokój w domu zagościł. Ja już nie muszę się denerwować i prosić się o wszystko po pół roku a Olaf nie musi słuchać już moich pretensji.

Proste 🙂

Edit: Mój punkt widzenia. Olaf

Cześć, to ja- Olaf- sprawca zamieszania dotyczącego tegoż wspaniałego słowa, którym jest słowo „zaraz”. 🙂

Moja Żona chciałaby, aby wszystko było zrobione od A-Z w mgnieniu oka. Owszem, kto by nie chciał, ale tak się nie da. Jednak wracając do słowa „zaraz” – ja po prostu uwielbiam patrzeć, jak w mojej Żonie gotuje się, gdy to słyszy. Lubię jej dokuczać i nic na to nie poradzę 🙂
Wprowadzenie tablicy było faktycznie dla mnie najlepszym rozwiązaniem. Pomaga mi w organizacji dnia pracy. Do tego zawsze można sobie na niej napisać, że „ZARAZ to zrobię”  🙂

Doba czasem jest zbyt krótka, ale co poradzić. Pomalutku dążymy do celu i dajemy radę uzupełniając się z Olą wzajemnie.
Hm… to chyba tyle od prowodyra tego zamieszania 🙂

Aha! ”ZARAZ” niebawem powróci…. :>

A u Was Kochani jak to w związku wygląda? Robicie wszystko na bieżąco, czy druga strona Was goni do roboty? 🙂

Czekam ZARAZ na Wasze komentarze 🙂



8 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial
Facebook
Instagram