);
DOM

Ciąża pod znakiem zastrzyków

Po powrocie do domu w kółko słyszałam od rodziny, że „wszystko będzie dobrze” i że „widocznie tak miało być, bo natura wie, co robi”. Ale co tak miało być? Miałam stracić dziecko? Zostać potraktowana w szpitalu jak zwierzę? Nic tak nie miało być. Nie miałam ochoty z nikim rozmawiać. Zamknęłam się całkowicie w sobie i samodzielnie musiałam to przeżyć i przerobić.

W kolejnym roku pozbierałam się i zdecydowaliśmy się z Olafem na kolejnego malucha. Chcieliśmy aby jakiś malutki szkrab wypełnił nasze serca. Udało się praktycznie od razu i w grudniu 2012r pojawił się na świecie Filip. Zakochaliśmy się po uszy. Zaraz po porodzie zaczęły się jednak dziać ze mną niepokojące rzeczy. W konsekwencji miesiąc później wylądowałam w szpitalu i walczyłam o życie ale o tym pisałam już TUTAJ, więc nie będę Ci jeszcze raz tego przytaczać w tym wpisie.

Dopiero wtedy dowiedziałam się, że jestem chora. Że mam zakrzepicę żył głębokich. W szeregu badań u różnych lekarzy okazało się, że odpowiedzialna jest za to trombofilia, którą „otrzymałam” genetycznie. To przez nią straciłam swoje pierwsze maleństwo. To przez nią mogłam stracić Filipa a sama umrzeć. Wiedząc, co mi jest lekarze w końcu mogli zacząć mnie odpowiednio leczyć.

Dostałam nowe życie

Zator rozerwał mi zastawki w nodze, uczyłam się więc na nowo chodzić i funkcjonować. Codzienne treningi i picie minimum 3l wody dziennie stały się rutyną. Do tego dochodził cały komplet tabletek. Łącznie 6 trzy razy dziennie. W tym z początku Acenocumarol. Jednak po nim czułam się fatalnie, miałam zawroty głowy i postanowiono mi zmienić lek na Xarelto. Bardzo uszczupliło to mój portfel, gdyż kosztuje ono prawie 200zł a jest 28 tabletek, przez co trzeba kupić dwa opakowania w miesiącu. Do tego należy doliczyć rajstopy ortopedyczne II kompresji, gdzie jedna kosztuje ok 100zł a zużywają się ciut wolniej niż normalne rajtki. Kosztów było wiele, jednak najważniejszy był fakt, że żyję.

Cały czas lekarze powtarzali, że nie mam szans na kolejne dziecko.

Zator nie odpuszczał. Wciąż był w nodze zagrażając bezpośrednio mojemu życiu a ja zamiast skupić się na tym co mi groziło, to marzyłam o rodzeństwie dla Filipa. Wiele moich koleżanek zachodziło w ciążę a ja musiałam tylko uważać, by w niej nie być.

I tak oto nastąpił kolejny przełom w naszym życiu. Wszystko zaczęło się odwracać.

W 2017r zostaliśmy świeżo upieczonymi właścicielami domku na wsi. Zator się rozpuścił i mieliśmy zielone światło do tego,  by znów móc mieć dziecko. Nasze życie w końcu weszło na właściwe tory. Warunek był jeden. Musiałam zacząć brać zastrzyki. Leki na rozrzedzenie krwi, które brałam dotychczas wchłaniają się do dziecka i mogą doprowadzić do tragedii. Medycyna jednak znalazła na to wyjście. Od III 2017r jestem cały czas na zastrzykach z heparyną. W V 2017r udało się zajść bez problemu w ciążę pod czujnym okiem hematologa, ginekologa oraz naczyniowca.

Wpierw Olaf robił mi zastrzyki w brzuch. Później, gdy był już zbyt napięty, przerzuciliśmy się na pośladki a obecnie kłujemy ręce. Obecnie, ponieważ od zeszłego roku na świecie pojawiła się tak długo wyczekiwana Zosia a do tego jestem w 20 tygodniu ciąży z…synkiem. Marzyliśmy o trójce maluchów a że czekaliśmy na nich tak długo, to postanowiliśmy iść za ciosem. Cały czas w pakiecie z zastrzykami.

Znajomi pytają mnie, czy mnie nie boli, jak ja sobie daję radę i jak to mi wielce współczują tych codziennych wkłuć. Widzą, jakie już mam ślady na rękach i zrosty. Wciąż słyszę tylko „oj Ty Bidulko kochana” ale wiesz co? Nie przejmuję się tym, ponieważ wiem, po co to robię. Wiem dla kogo. Mam cudowną córkę, której miało w ogóle z nami nie być a w drodze jest kolejny Rumcajs. Lekarze nie mogą się nadziwić, że po tak ciężko przebytej chorobie ja żyję i do tego daję życie.

Jeśli Ty również jesteś w takiej sytuacji, jak ja, to powiem Ci tylko tyle- nie martw się. Nasz mały Aniołek patrzy na nas z góry i strzeże swojego rodzeństwa, którego nigdy miało nie być.

I nie myśl sobie, że jestem taka dzielna, bo wcale tak nie jest. Jestem w stanie wiele znieść a mimo to, nie potrafię sobie sama zrobić tego cholernego zastrzyku. Po prostu nie dam rady. Mam jakąś totalną blokadę w głowie, której nie jestem w stanie przełamać. Ale to, że zastrzyki robi mi Mąż, to nie oznacza, że jest kolorowo. Jak już mówiłam ręce to trzecie miejsce, gdzie się wkłuwamy, bo na brzuchu i pośladkach, już po prostu nie było gdzie. Wszędzie ślady i zrosty. Na rękach jest już to samo. Jestem na zastrzykach już 19 miesięcy a będę jeszcze- jeśli wszystko pójdzie dobrze- przynajmniej 5 plus potem cały okres karmienia piersią. I nie raz poleciała mi łza, gdy Olaf się wkuwał, bo znów trafił na zrost lub jakoś ferelnie się wbił. W końcu chłop, który pracuje fizycznie na kopalni nie ma w sobie zbyt wiele delikatności. Ale idziemy cały czas przez to razem. Cały czas do przodu.

Dzięki medycynie mogliśmy się doczekać naszych małych Rumcajsów. Pamiętaj o tym, gdy będziesz już mieć dość i gdy będziesz się opierać przed następnym wkłuciem. Pamiętaj również o tym, że nie musisz się tłumaczyć każdemu, kto spyta, dlaczego to robisz. Jeśli nie chcesz z kimś o tym rozmawiać, to wyraź to jasno. Nie musisz każdemu opowiadać swojej historii tak, jak ja teraz Tobie.

Chcę jednak, abyś wiedziała- bo domyślam się, że skoro dalej czytasz ten wpis, to masz podobne przeżycia- że nie jesteś sama– to właśnie dla takich kobiet, jak my powstał ten tekst z moich własnych wspomnień i doświadczeń.

Kiedyś Twoje dziecko podziękuje Ci za to, jak wiele dla niego zniosłaś, by ono mogło kroczyć po tym świecie. W końcu taka nasza Rola Mamy 🙂

 

Ola

 

Spodobał Ci się tekst? Będę wdzięczna, jeśli podzielisz się nim z innymi 🙂

Pamiętaj o odwiedzeniu mnie na Facebooku oraz Instagramie Dodatkowo jeszcze założyłam Tajną Grupę Podomowych, gdzie rozmawiamy o wszystkim, co nie wypada omawiać publicznie 😀

Zapraszam 😀

 

 

ZDJĘCIE

Strony: 1 2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial
Facebook
Instagram