Lifestyle,  Sukcesy małe i duże

Wygrałam z ZABÓJCĄ…




Miało mnie tu nie być. Miałam nigdy już nie zobaczyć, jak moje dziecko rośnie i kroczyć przy nim przez życie. PO PROSTU MIAŁAM NIE ŻYĆ…

Do opublikowania tego w mediach zamierzam się już od roku 2013. Jednak nigdy nie znalazłam w sobie na tyle siły i odwagi, by stawić temu czoła, przeżyć to raz jeszcze, opisując dokładnie przebieg tych wydarzeń i udostępnić to do wiadomości innych. Wstydziłam się… jakby to była moja wina. Wiedzą o tym tylko Ci, którzy wiedzieć musieli. Osoby najbliższe i niektóre osoby w pracy, z którymi przebywałam na co dzień.. nikt więcej. Cały czas noszę to na swoich barkach jak jakieś przekleństwo, ale teraz wiem, że nie mogę już tak dłużej, nie powinnam, ponieważ być może Ty też z tym się borykasz. Być może nawet o tym nie wiesz. Lepiej sprawdź, póki jeszcze masz możliwość…

Odkąd pamiętam moje nogi szpeciły brzydkie pajączki. Mama zawsze mi powtarzała, że „taka nasza uroda”. Że ma tak babcia, ona a teraz ja i trzeba nauczyć się z tym żyć. I nauczyłam się. Nawet w miarę zaakceptowałam taki stan. Byłam młoda. Niezbyt wiele wiedziałam o medycynie estetycznej.

Jak wiesz z mojego wpisu KLIK paliłam od 16 roku życia. Nie ma tutaj czym się chwalić, jednak takie są fakty. Odkąd skończyłam 20 lat, to praktycznie każda moja praca, jakiej się chwytałam, miała tryb siedzący. Dodatkowo przez ponad 5 lat byłam na tabletkach hormonalnych. Zastanawiasz się dlaczego to pisze? Ponieważ jest to kluczowe do dalszego biegu wydarzeń.

W 2011r zaręczyliśmy się z Olafem. Ustaliliśmy datę ślubu, znaleźliśmy salę i małymi krokami przygotowywaliśmy się do tego wielkiego wydarzenia. Jednak po drodze dostaliśmy potężną niespodziankę. Okazało się, że jestem w ciąży. Nie posiadaliśmy się ze szczęścia. Nie trwało ono jednak długo. W 4 tc lekarka zakomunikowała nam, że nie widzi serduszka. Uznaliśmy ją za idiotkę, która burzy nasze szczęście tym bardziej, że badania krwi jednoznacznie wskazywały na to, że jest we mnie nowe życie, które w dodatku bardzo szybko rośnie. Dwa tygodnie później opinia była taka sama. Postanowiliśmy zmienić lekarza i nie przejmować się tym, co nam próbowano wmówić. Jednak niestety w 9 tc musieliśmy pogodzić się z losem… był to dla nas potężny cios… nawet sobie nie zdawałam wtedy sprawy, że powodem bynajmniej nie jest powtarzane przez bliskich „widocznie tak musiało być”. Bo niby skąd 24 letnia dziewczyna miała wiedzieć cokolwiek o chorobie, o której nigdy w życiu nie słyszała NIGDZIE.

Mijały miesiące. Pogodziliśmy się z tą tragedią i w 2012r los nas wynagrodził. Znów byłam w ciąży. Panicznie się bałam i szukałam najlepszego lekarza, jaki byłby tylko dostępny. Z polecenia dostałam namiar na lekarkę z Sosnowca. Fakt- kobieta do rany przyłóż. Ciepła i wyrozumiała. Szczególnie, gdy kładłam na stół kolejny banknot. Co dwa tygodnie. Przez całą ciążę. Ale pieniądze nie grały roli. Najważniejsze było dla nas, by ktoś zajął się mną i maleństwem najlepiej na świecie.

Nie czułam się najlepiej. W pierwszym trymestrze schudłam 12kg i byłam jedynie na sucharach i bananach. Tylko to tolerował mój organizm. Od 5 miesiąca ciąży zaczęły się komplikacje. Co rusz słyszałam, że mam leżeć i się oszczędzać. Na całe moje szczęście nie zamierzałam nawet kłaść się do łózka, tylko jak najbardziej być aktywną. W 6 miesiącu ciąży wyszłam piechotą nad Morskie Oko i to z mniejszą zadyszką niż Olaf. I tak myślę z perspektywy czasu, że ta aktywność mnie uratowała… Jednak właśnie wtedy moja noga zaczęła już szwankować…

Od 7 miesiąca ciąży lądowałam regularnie co dwa tygodnie w szpitalu na podtrzymaniu. Nie miałam już wyjścia. Musiałam jak najwięcej odpoczywać, by donosić Filipa. Z każdą wizytą alarmowałam lekarkę, która tylko zgarniała stówki ze stołu, że coś z moją nogą jest nie tak. Że mnie bardzo boli, puchnie i nie jestem w stanie spać na lewym boku, co jak wiadomo jest wskazane w ciąży. Za każdym jednym razem słyszałam jak mantrę, że „to jest normalne w ciąży, ponieważ dziecko naciska na żyły, przez co krew trudniej krąży i proszę smarować intensywnie nogę maścią Lioton 1000”. Nawet nie jestem w stanie zliczyć, ile tubek tej maści wywaliłam na tą nogę… i nic…

Nadszedł dzień porodu. Nie zapomnę, gdy weszłam na izbę przyjęć. Była 4 nad ranem 14.12.2012r. Środek zimy a tam wyotwierane wszystkie okna. Centralnie wszystkie. A pielęgniarki do mnie kulturalnie, że mam się rozebrać i ubrać piżamę do porodu. Nie były w stanie mnie zbadać na tym fotelu, ponieważ tak trzepało mną z zimna. Ale okien mimo moich mało kulturalnych próśb nie zamknęły. Jednak gdy zaczęła się akcja porodowa, nie zwracałam już na to uwagi.

O 7:40 mój malutki synek pojawił się na świecie. Pamiętam tylko, że usłyszałam magiczne „56cm, 2850g, 8/9 pkt” i tyle… ocknęłam się na Sali poporodowej. Straciłam całkowicie przytomność. Z początku nic się nie działo. Wstałam i stwierdziłam, że muszę iść do toalety. Pielęgniarki, gdy zobaczyły mnie na korytarzu, to zaczęły się drzeć, że ledwo urodziłam i nie mam prawa wstawać. Ale gdy człowiek musi… mało mnie interesowało, co one tam gadały, gdyż przypomniało mi się, ze jestem na nie wnerwiona za te okna. Nie miałam zamiaru przecież się pochorować, gdy takie cudo było już przy mnie.

Przyniosły mi Filipa do karmienia. I wtedy się zaczęło…

 

 

 

 

Z każdym karmieniem od razu była natychmiastowa reakcja organizmu i potężne wymioty. Musiał ktoś przy mnie stać, by natychmiast zabrać dziecko, aby nie zwrócić na niego. W dodatku wyłam z bólu, gdyż tak mnie rwało w „korzonkach”. Muszę się POCHWALIĆ, że jestem bardzo odporna na ból i podczas porodu nie wydałam z siebie ani jednego dźwięku. Jednak autentycznie poród przy tym bólu, który odczuwałam z tyłu pleców, to był pikuś. Błagałam o pomoc i coś przeciwbólowego a w zamian słyszałam od pielęgniarek, że jestem histeryczką i to normalne, że po porodzie wszystko boli. Dostawałam łaskawie nospę w zastrzyku do pośladka. Jak się pewnie domyślasz niewiele to dawało. Ból z każdym dniem nabierał na sile. O dziwo noga przestała mnie boleć i przestała puchnąć. Rodzina sugerowała mi, że mogę mieć przewiane korzonki przez te otwarte okna i wtedy właśnie występuje tak silny ból. Nikt jednak- żaden lekarz- nie był w stanie dojść do tego, dlaczego mam tak silne torsje podczas karmienia Filipa. Pozostało to zagadką aż do mojego wyjścia ze szpitala. Lekarze nie zrobili żadnych badań- nawet ogólnych. Nie podali mi żadnych leków. Nawet po porodzie nie otrzymałam zastrzyku przeciwzakrzepowego. Przez 5 dni naszego pobytu- Filip miał silną żółtaczkę- otrzymywałam jedynie z wielkimi pretensjami nospę. Ból był coraz gorszy ale cieszyłam się na myśl, ze niebawem będę w domu. Wierzyłam, że tam na pewno mi przejdzie.

Ale tak się nie stało…

Z każdym dniem ból mnie coraz bardziej pokonywał. Przeszły wymioty, jednak nie byłam w stanie karmić małego ani na leżąco ani w żadnej innej pozycji. Nie byłam w stanie trzymać dziecka na rękach. Poszłam do lekarza, który zdiagnozował, że tak, prawdopodobnie są to korzonki i zalecił wygrzewanie pleców.

Przyniosło to jeszcze gorszy skutek. Nie dość, że bolały te „korzonki”, to przypomniała o sobie noga. Nie byłam w stanie chodzić. Miałam wrażenie, jakby ktoś tępym nożem mi ją odcinał. Olaf przywiózł mi od babci kule, bym mogła się jakkolwiek poruszać i tego dnia wybrałam się ponownie do lekarza.

Był to 16.01.2013 r… nie zapomnę go do końca życia…

Olaf był wtedy od 9 dni świeżo zatrudnionym pracownikiem kopalni, więc nie mógł liczyć na żaden urlop ani tym bardziej brać L4 bądź opiekę na dziecko…

Dokuśtykałam o kulach do lekarza. Noga była spuchnięta i lekko siwa. Lekarka kazała mi usiąść i podnieść nogę do góry. Nie było takiej opcji. Widziałam w jej oczach przerażenie, jednak nie chciała mi nic powiedzieć. Kazała jedynie natychmiast skontaktować się ze swoim ginekologiem, gdyż byłam w połogu i mogły być jakieś komplikacje poporodowe. Widziałam jednak, że zupełnie co innego jej chodzi po głowie. Ginekolog kazała mi przyjechać na następny dzień z samego rana do szpitala… jednak tam już nie dojechałam

Punktualnie o 22, gdy karmiłam Filipa, moje życie obróciło się do góry nogami…

Wszystko rozegrało się w niecałe 30 minut… noga zaczęła niesamowicie boleć. W momencie stała się cała siwa. Opuchlizna rosła w oczach. Z obwodu 48cm zrobiło się nagle 92cm i dostałam bardzo wysokiej gorączki. Powiedziałam Olafowi, by zostawić Filipa z moją mamą i żebyśmy jechali na pogotowie, bo nie wiem, co się dzieje i nie wiem, czy mogę karmić dziecko. On tego dnia bardzo się źle czuł i poprosił, byśmy pojechali nad ranem. Na szczęście nie dałam się namówić. Zadzwoniłam po moją mamę. Musiała przywieźć spodnie dresowe mojego taty, gdyż w moje nie byłam w stanie wsadzić nogi. Praktycznie nie byłam w stanie już chodzić. Pojechałyśmy natychmiast na pogotowie. Był tam młody lekarz, któremu nie do końca chciałam zawierzyć swoje zdrowie. Zakomunikowałam mu na starcie, że ma się szybko uwinąć, gdyż za niecałe dwie godziny muszę nakarmić syna. Powiedziałam również, że nad ranem mam wizytę u swojej lekarki, więc niech mi da tylko coś na tą nogę i spadam. Na co lekarz z nerwami zakomunikował…

„Dziewczyno! Masz zakrzepicę żył głębokich, wróć do domu a jutro będziesz już w kostnicy…”

Nie wiedziałam co on do mnie mówi. Co to jest zakrzepica do cholery?! Moja mama zaczęła tak płakać, jak chyba nigdy w życiu, błagając mnie, bym została w szpitalu. Jeszcze długą chwilę kłóciłam się, że muszę wracać, bo Filipek zaraz się budzi na jedzenie… nie mieściło mi się w głowie to, co się działo. Zaczęli biegać lekarze, przywieźli wózek, nawet nie wiem kiedy a już byłam na Sali. Zdążyłam tylko usłyszeć od mamy, że ona się zajmie Filipem, będzie wszystko dobrze a ja mam żyć! Płakałam i błagałam ich, by mnie zostawili, żeby dali mi spokój… czułam się jak w jakimś letargu. Było w okól mnie 5 lekarzy. Każdy mi coś robił. Przykuli mnie do łóżka, podpięli obydwie ręce do pomp z heparyną, badali nogę, klatkę piersiową, mnie… i krzyczeli jeden przez drugiego, że mam walczyć i żyć…

To była ciężka noc. Cały czas ktoś był przy mnie. Cały czas zmieniali kroplówki. Wciąż słyszałam, że ta noc jest decydująca. A w głowie miałam tylko buzię Filipa i myśl, że całe szczęście, że polowa zamrażalki była wypełniona pojemniczkami z moim mlekiem…

Nad ranem, gdy się obudziłam, to stał przy mnie lekarz, który mnie przyjmował. Przez całą noc nade mną czuwał i sprawdzał mój stan. Dowiedziałam się, że mam bardzo silną zakrzepicę żył głębokich. Zator był w stopie, jednak prawdopodobnie na skutek porodu i szeregu błędów lekarskich oderwał się, rozrywając mi wszystkie zastawki w nodze i utknął w pachwinie.

Ktoś jednak nade mną czuwał…

Moja mama wzięła raptem miesięcznego Filipka do siebie. Olaf, jak już wspominałam, nie mógł sobie pozwolić na jakiekolwiek wolne. W dodatku był świeżo upieczonym ojcem i niezbyt potrafił jeszcze zajmować się Filipkiem. Moja mama musiała natychmiast po 15 latach przypomnieć sobie, jak obchodzić się z noworodkiem. W dodatku nie mógł mnie nikt odwiedzać, gdyż w tym czasie w szpitalu panowała świńska grypa. Wpuszczano jedynie Olafa po cichu przed lekarzami po mleko, które natarczywie odciągałam podpięta do miliona kabelków.

Przeżyłam potężną traumę.

Nie przez ból i bezpośrednie zagrożenie życia. Ale przez to, że zostałam brutalnie, bez uprzedzenia odseparowana od mojego maleństwa. Przez dwa tygodnie, które spędziłam w szpitalu cały czas pod pompami, z zabandażowaną całą nogą, na którą lano litrami kwaśną wodę, nie było ani chwili, bym nie płakała. Co godzinę napastowałam moich rodziców telefonami, pytaniami i żądaniami zdjęć Filipka. Wpadłam w depresję. Nie byłam w stanie sobie poradzić z faktem, że pierwsze dziecko straciłam a od drugiego mnie zabrano… tylko to miałam w głowie. Pielęgniarki w tym w ogóle nie pomagały. Jedna zmiana była tak parszywa, że na same ich wspomnienie nóż w kieszeni się otwiera. Pozwalały mi jedynie raz na 8 godzin wstać z łóżka, by skorzystać z toalety, gdyż wiązało się to z odpinaniem mnie od pomp i później ponownym podpinaniu a fakt, że musiały pracować bardzo źle na nie wpływał.

Wystarczyło tylko, by moja lekarka skierowała mnie na badanie INR w ciąży… Kosztuje ono prywatnie 6 zł

Wtedy byłoby wszystko jasne… ale po co, skoro łatwiej było kazać smarować się maścią lioton 1000 i mówić, że to normalne..

Spieprzyła mi całe moje życie. Do tej pory nawet nie usłyszałam choćby przepraszam, że przez nią otarłam się o śmierć…

Po wyjściu ze szpitala musiałam uczyć się na nowo chodzić. Nie byłam w stanie samodzielnie zajmować się dzieckiem. Po macierzyńskim musiałam być na zasiłku rehabilitacyjnym, gdyż nie byłam w stanie podjąć pracy. Zator, który zaklinował się w pachwinie rozpuścił się w zeszłym roku. Po 4 latach… cztery lata chodziłam z bombą zegarową, która w każdej chwili mogła się oderwać, spowodować zatorowość płucną i zgon…

Przez cały czas się leczę. W toku badań okazało się, że choruję genetycznie na trombofilię- chorobę, która sprzyja zakrzepicy. Natomiast poronienie plus palenie papierosów, siedzący tryb pracy, leki hormonalne, pajączki- to są główne czynniki wskazujące na ryzyko tej choroby.

Zakrzepica jest określana mianem cichego zabójcy. Nikt nie wie, że zator się tworzy, a gdy się oderwie, to w większości przypadków jest już zbyt późno…

Ja żyję. Cały czas jestem na lekach na rozrzedzenie krwi oraz pończochach kompresyjnych. Miesięczny koszt leczenia nie jest mały. Stan i wygląd nóg jak na moje 30 lat jest fatalny. Wstydzę się je odsłaniać i pewnie tak już będzie zawsze. Noga cały czas puchnie, gdyż nie mam zastawek a medycyna jeszcze nie jest na tyle zaawansowana, bym mogła poddać się rekonstrukcji. Ale ŻYJĘ.

Będę się leczyć do końca życia, ponieważ lekarce nie chciało się mnie skierować na badanie za 6 zł…

Przepraszam Cię, że nie skoryguję tego tekstu. Że być może jest stylistycznie niepoprawny. Ale bardzo dużo mnie kosztowało napisanie dla Ciebie mojej historii i nie chce jej czytać i sprawdzać. Mam nadzieję, że mi wybaczysz…

I proszę Cię, jeśli masz u siebie podobne objawy, to nie bagatelizuj ich… nie popełniaj mojego błędu…. Zbadaj się! Niezdiagnozowana Zakrzepica w większości przypadków jest ŚMIERTELNA

zdjęcie Edgar Perez



9 komentarzy

  • Rebel

    Ja też nigdy nie słyszałam o tej chorobie. Ewentualnie kiedyś mi się mogło obić to o uszy, czego nie pamiętam do końca. Ważne, że przeżyłaś. To zdrowie jedną jednym z najważniejszych w życiu. Nic na to nie poradzisz, że mamy w Polsce tyle lekarzy nie (do końca) patrzących na problemy pacjentów. Kasa, kasa, kasa – to nakręca wszystko i wszystkich. To nie wyklucza też faktu, ze pielęgniarki powinny się do Ciebie odnieść z większym szacunkiem.
    Tez się borykam z pewnym problemem, właściwie bólem, który nie daje mi żyć od pół roku. Sama już nie wiem co robić/

    • podomowe.pl

      Ja już jestem mądrzejsza o te doświadczenia i odbija się to na lekarzach, do których chodzę, ponieważ nie dam już sobie w kaszę dmuchać. Czasem zdarza mi się, że nie jestem zbyt miła ale dzięki temu lekarz widzi, że nie pozwolę się olac. Walcz o siebie. Lekarz przez swój lekcewazacy stosunek zrujnuje Ci zdrowie a potem nikt Ci go nie zwróci

  • Zielony Myszak

    Ciężko było przy czytaniu nie rzucić “mięsem”. Straszna znieczulica w służbie zdrowia, że aż niepojęte. Pielęgniarki żywcem wyciągnięte z Prl-u, a zachowanie lekarki to już woła o pomstę. Pieniądze brać, ale już z pomocą to słabo… Pozdrawiam i dużo siły życzę 😊

    • podomowe.pl

      Bardzo dziękuję.niestety sporo mnie kosztowało”wyrzucenie z siebie tych wspomnień” a głównie właśnie przez to, jak traktowana byłam przez służbę zdrowia. Oczywiście te osoby pozostają dalej bezkarne i pracują w zawodzie

  • Mama

    Rozumie co przeszłaś.
    Pierwsza ciąża pełna radości szybko sie skończyła bo w 8 tygodniu. Trauma to leżenie po zabiegu łyżeczkowania z innymi kobietami w ciąży, potem załamanie w zaciszu domowym, powrót do pracy i wysłuchiwanie współczucia od innych osób. Coś strasznego. W drugiej ciąży byłam po 3 miesiącach od zabiegu, akurat byliśmy na wakacjach. Zrobiłam test i dwie kreski 🙂 kilka dni później zaczęłam krwawić 500 km od domu. Szpital nie chciał mnie przyjąć bo nie mialam przy sobie zaświadczenia o ubezpieczeniu. Poszłam prywatnie do lekarza i dostałam leki na podtrzymanie i zalecenie leżenia. I tak kolejne 7 dni wakacji przeleżałam w łóżku, powrót do domu niestety pociągiem i od razu do szpitala. Udało się opanować sytuację, uff. Wtedy powiedziałam sobie jak teraz się nie uda to ja już dzieci nie chcę, bo nie wytrzymam tego że nie jestem w stanie utrzymać ciąży.
    W czasie ciąży kilka razy szpital. Na szczęście urodziłam w terminie :).
    Kilka lat później kolejna planowana ciąża 🙂 ku zdziwieniu wszystko przebiegało super. W 20 tyg szpital i skórcze yyy poród przedwczesny ? Bałam się. Udało się powstrzymać akcje porodową. Nieplanowane cc 2 tygodnie wcześniej. Zabiegu się nie bałam, nagle tracę przytomność, czuje że odpływam lekarze dają zastrzyk, chwile jest ok potem zaczynam się dusić. Mówią do mnie spokojnie, ale ja nie mogę oddychać, nie mogę złapać powietrza. Oni patrzą, ja dostaje drgawek od pasa w górę, bo niżej działa znieczulenie. Potem dowiaduje się, że było to bezpośrednie zagrożenie życia. Kolejny zastrzyk, po chwili poczułam się lepiej. Słyszę krzyk… moje dziecko już jest, teraz będzie już dobrze :).
    W 5 dobie wyszłam do domu, wieczorem dostałam drgawek i wysokiej gorączki. No i powrót do szpitala zakażenie po operacji. Antybiotyki. Badania.
    Po czym słyszę przy tej ilości antybiotyków i ich rodzaju nie może Pani karmić. Co? To był juz oddział ginekologi, więc jeśli nie mogę karmić to dziecko nie mogło być ze mną. Wtedy nasza dzidzia miała aż 7 dni. Nie było wyjścia mąż wziął L4, musiał zająć się dwójka dzieci. Był przerażony, ale nie miał wyjścia. Jestem z niego bardzo dumna. Pomagała mu teściowa. Karmienie sztucznym mlekiem, ciągle wstawianie w nocy. Niby to normalne ale teraz ojciec musiał być jeszcze matką dwójki dzieci.
    Oni “walczyli” w domu, a ja w szpitalu. Badanie za badaniem, kroplówka za kroplówką. Brak konkretnej diagnozy.
    Mój pobyt trwał 20 dni !. 20 dni bez dzieci, bez męża. Odwiedzał mnie tata, oni nie mieli kiedy. Rozumiałam. 20 dni płaczu, walczenia żeby podtrzymać laktacje (co 3 godziny w dzień i w nocy odciągałam pokarm), 20 samotnych nocy i strach co się dzieje. Badania posiew krwi … wynik negatywny – ulżyło mi.
    Stan był już opanowany został tylko stan podgorączkowy. Wypisali mnie do domu. Byłam zmęczona, wyglądałam jak wrak człowieka, psychika zrujnowana, na rękach ślady po igłach, popękane żyły wyglądałam jak jakiś ćpun. Przez 20 dni moje dziecko całkiem się zmieniło. Tydzień później zaczęłam karmić. To była wielka nagroda, jak moje dziecko od razu zaczęło jeść. Warto było walczyć, choć pielęgniarki mówiły, że po takim czasie jest znikoma szansa że dziecko będzie chciało chwycić pierś.
    Mi do dziś brakuje tego okresu, jakby ktoś wyrwał kawałek mojego życia.
    Został uraz na psychice, czuję to. Mimo, że minęło już 8 m-cy trauma została.
    Mam troje dzieci . Tak troje … dwoje, które codziennie przytulam i mówię, że kocham oraz jedno, które zawsze będzie w mojej pamięci i sercu.
    Cieszę się, że tu jestem i cieszę się życiem, bo nigdy nie wiemy co może nas spotkać i czy uda nam się z tego wyjść.

    • podomowe.pl

      Bardzo Ci dziękuję za ten wpis… to dla mnie wiele znaczy, że zechciałaś przeżyć to jeszcze raz i opisać dokładnie. Jesteś bardzo dzielną kobietą. Tego czasu nikt nie odda. Teraz zostaje budować to, co przed nami 😘

  • Kasia

    Kochana aż łzy mi poleciały… Też przeszłam masakrę przy obu ciążach gdzie przy drugiej lekarze powiedzieli że cud że przeżyje… Tydzień po drugim porodzie pękł mi wyrostek który zalał cały brzuch ropa… Ale moje “prośby” “wołanie o pomoc” lekarze bagatelizowali tydzień czasu… A potem po operacji lekarze dawali czas minimum 2 tyg aż stanę na nogi ale miłość matczyna jest tak silna że po 10 dniach byłam już w domu. Na nowo uczyłam się chodzić.. lekarze byli zaskoczeni że mimo porodu i tak ciężkiej operacji tak szybko wróciłam do siebie. Byłam znana na oddziale i każdy z personelu dopytywał czy na pewno rodziłam 2tyg temu..nie mogli uwierzyć… Ale jak widać ktoś tam “na górze” czuwał nad nami 😊 do dzisiaj odczuwam skutki tego wydarzenia bo mam problemy z zoladkiem.. ale żyje i to się liczy ❤️ miłość do dzieci napędza do życia

    • podomowe.pl

      Mnie tylko to trzymało- by zobaczyć twarz Filipka. Również bardzo dużo przeszlas. Ale najważniejsze, że to juz za nami. Teraz tylko borykanie się ze skutkami 😘

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial
Facebook
Instagram