Lifestyle

Wyprowadzam się do Mamusi!




Dziś usłyszałam od czytelniczki, że „ja na tych Rumcajsów nie marudzę, więc pewnie są grzeczni”… No to sobie POMARUDZĘ. Tyle sobie pomarudzę aż mi nie ulży. Albo się wymarudzę albo się wyprowadzę! Ot co!

Mało tego- bezczelnie z premedytacjom zapowiedziałam im, że będą głównymi bohaterami tego postu, żeby wiedzieli, co ich czeka. Nie ma litości!

Jedni z Was myślą, że jestem taka idealna, perfekcyjna, non stop dom na błysk, podłogi wymyte, że można z nich jeść a ja leżę i pachnę na macierzyńskim. Inni z Was myślą, że nic nie robię, nie wychodzę, nie jem, nie śpię, tylko sprzątam.

A prawda zawsze leży po środku.

Do południa miliony obowiązków. Pobudka o 5… no z drzemkami to max 5:30, ubieranie dzieciarni, siebie, szykowanie do szkoły, karmienie –dzieciarni- bo przecież mamy nie jedzą śniadań-i wyjście. Spacer, sprzątanie, pranie, gotowanie, chowanie prania, prasowanie.

Większość wykonywana z Zochą na ręce, bo przecież zęby idą a u mamusi na rękach mniej boli. Lewą rękę za chwilę będę mieć większą niż Pudzian ale co tam.

Zapitalam jak mały nakręcony motorek po to, by jak przyjdzie Mąż z roboty i Fifol ze szkoły, to żeby mieli ładnie, fajnie i przyjemnie. Obiad cieplutki podany pod nos, aby cała rodzina zjadła w komplecie.

Wszystko jak z obrazka. Chata błyszczy a Pani domu wdzięczy się wśród garnków z uśmiechem na twarzy do Męża.

Oczywiście po maratonie obowiązków „przedobiadowych” mam już dość i najchętniej poszłabym już spać. Ale przecież dzień dopiero się naprawdę zaczyna, bo moi kochani mężczyźni wracają do domu.

I właśnie WTEDY SIĘ ZACZYNA. Od progu. Dosłownie.

Wspominałam już, że dom jest posprzątany?

I wchodzą. Panowie tego domu. Buty dupnięte po całym przedpokoju, kurtki rzucone na odczep się gdzieś trochę na szafkę, trochę na podłogę. Oczywiście nie mogą dźwignąć, bo są umierająco głodni i jak czegoś natychmiast nie zjedzą, to padną w stanie agonalnym na ziemię.

Po umyciu rąk zasiadają szanownymi rzyciami do stołu i jedzą….

Starszy- w sensie Mąż- podziękuje i odniesie do zlewu. Młodszy zakomunikuje, że zjadł i tyle go widzieli. Ani dziękuję ani całuj się w nos. Hrabia pojadł, służba odniesie i pochowa do zmywarki.

Ok, kuchnia po obiedzie ogarnięta.

Ale, ale… co się stało z salonem?!

Starszy „celebrejszon kawa” i dycha po robocie (ok, robi na kopalni, dychnąć musi) a młodszy cały dobytek swojego pokoju przenosi skrzętnie do dużego pokoju, co by żadna zabawka mu nie umknęła, którą musi zademonstrować Zośce.

Więc chodzę niczym po torze przeszkód z Zochą na ręce i kontynuuje swoje OBOWIĄZKI DOMOWE.

Nadchodzi czas, kiedy starszy skończył „celebrejszon kawa” i musi się położyć. Kubek na stole zostaje. Młody stwierdził, że chce się napić, nalał wody i taboret zostaje. Starszy skończył leżeć, wstał, łóżko rozwalone zostaje. Młody popił, pojadł, stwierdza, że wychodzi na ogródek- pierdolnik w pokoju zostaje…

Moja granica cierpliwości zostaje bardzo radykalnie zmniejszona…

Ok… matka posprząta. W końcu mama nie pracuje, tylko się domem zajmuje, więc nie przemęcza się zbytnio.

Dom znów nabiera w miarę możliwości wyglądu pozwalającego się tolerować.

I co? Młody wraca z ogródka, chce mu się pić, leje i zaś taboret zostaje. Wszystkie zabawki wracają do miejsca docelowego, czyli salonu. Starszy chce coś słodkiego, bo po kawie i leżeniu „spadł mu cukier”, bierze taboret pod szafkę (słodycze są w najwyższej półce) i taboret zostaje. Młody poszedł sikać, decha nie opuszczona, woda nie spuszczona i smród ZOSTAJE. Starszy zjadł słodycze, cukier się dźwignął ale papierki zostają. Młody przynosi plecak ze szkoły, wysypuje zawartość na stół w dużym pokoju, co by każdy widział, że śniadaniówka opróżniona i co? Zostaje!

To jest ten moment, gdy moja cierpliwość się skończyła i przemieniam się w Kożuchowską z Rodzinki.pl subtelnie drąc ryja o ten bałagan tak, że połowa domów w okolicy zaczyna sprzątać.

I nagle pada fundamentalne pytanie… „Ale o co Tobie właściwie chodzi…?” to jest pytanie, które powoduje, że człowieka nagle opuszczają siły witalne, ręce same bezwiednie opadają i człowiek wycofuje się do miejsca, gdzie będzie mieć spokój, czyli do łazienki…

Tak, łazienka…konkretne miejsce, gdzie nachodzą mnie wszystkie przemyślenia. Tylko tu można na chwilę zaznać spokoju. Konkretnie na jakieś dwie minuty, bo zaraz za drzwiami słychać „Mamo siku…”

Po czym znów młody wchodzi do łazienki, robi co ma robić, decha nie opuszczona, woda nie spuszczona i smród ZOSTAJE…

 



8 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial
Facebook
Instagram